Chwilowa satysfakcja wyborcy liberalnego

O poturbowanych kandydatach z peletonu szkoda dziś mówić – pozwólmy im lizać rany w spokoju. Interesujące jest to, co dotyczy pierwszej trójki.

Andrzej Duda świętuje, ale przed nim niezwykle trudne zadanie: w ciągu dwóch tygodni musi wraz ze sztabem wykonać  łamańca, by nie zrazić żelaznego elektoratu PiS, przyciągnąć niedobitki wyborców Korwina, Kowalskiego, Brauna czy Wilka, a jednocześnie sięgnąć po liczną grupę wyborców centrowych, którzy jego macierzystej partii po prostu się panicznie boją. No i podebrać co nieco z „urobku” Kukiza. To jest wykonalne pod jednym warunkiem – trzeba głęboko schować nie tylko Antoniego Macierewicza i Krystynę Pawłowicz, ale nawet samego Jarosława Kaczyńskiego.

Bronisław Komorowski zapłacił wysoką cenę za błędy PO, ale przede wszystkim za własną arogancję wobec wyborców i kontrkandydatów. A także za własną niekompetencję – zapewne czarę goryczy u wielu centrowych wyborców przepełniła jego ostatnia gafa, gdy „na własną prośbę” ujawnił, że po pięciu latach sprawowania urzędu nie zna podstawowych kompetencji Prezydenta RP. Dziś nie wydaje się, by miał gdzie szukać nowego elektoratu – więc jego jedyną szansą jest skłonienie jak największej grupy potencjalnych wyborców Dudy, by przynajmniej zostali w domu. To da się zrobić – trzeba tylko celnie wymierzoną prowokacją skłonić Jarosława Kaczyńskiego, by zapomniał o rozsądku i taktyce, i by „przywalił” tak, jak już kilka razy mu się zdarzyło... Krótko mówiąc, by swoją gafą przykrył gafy Komorowskiego.

W tle tej rozgrywki pozostanie Paweł Kukiz. Niby wygrany, ale w gruncie rzeczy przegrany. Prezydentem nie zostanie. Szans na stworzenie trwałego ruchu politycznego, zdolnego zmieniać Polskę zgodnie z jego zamysłem, ma niewiele. To, co zagrało w tych wyborach – na niewiele się przyda w parlamentarnych. Jego zwolenników łączy niewiele poza buntem, brak mu poza tym sprawnych struktur i pewnych ludzi na jedynki w okręgach. Nawet, jeśli siłą rozpędu wbije się do Sejmu z wynikiem kilku czy kilkunastu procent, to zapewne jego stosunkowo niewielki klub naszpikowany amatorami szybko zostanie „rozdrapany” przez większe partie.

Wszystko wskazuje więc na to, że niezależnie od wyniku drugiej tury wyborów prezydenckich, a także wyborów parlamentarnych – jesienią znów okaże się, że Polską rządzi POPiS. Dwie partie, stanowiące własność swoich liderów, zwarte w sztucznie kreowanych konfliktach, okładające się epitetami zamiast reformować kraj, ale w ten sposób skutecznie eliminujące konkurencję. Bo prawdopodobnie jesteśmy świadkami katastrofy SLD, mocnego osłabienia PSL i partii KORWiN, a także bardzo mglistych szans na powstanie czegoś nowego na lewo i prawo od głównych partii.

Życzę Państwu i sobie, żebym się w swojej pesymistycznej prognozie głęboko mylił.

PS. Ale dziś i tak się cieszę. Bo upokorzenie Bronisława Komorowskiego i PO jest nie tylko karą boską za lata złych rządów, ale – mam nadzieję – także przestrogą dla innych polityków, że piekło jednak istnieje, i że kartki wyborczej w ręku obywateli trzeba się choć trochę obawiać.

 Do góry