Wszyscy chcą żeby było lepiej w akademii, ale co to właściwie znaczy lepiej?

The plural of anecdote is anecdotes, not data

dr Steven Novella Executive Editor of Science-Based Medicine

Długo zastanawiałem się czy powinienem, pisać ten tekst. Na temat sytuacji uniwersytetów, szkolnictwa wyższego i edukacji w ogóle wypowiadają się przecież znacznie mądrzejsi ode mnie ludzie. Tytularni profesorowie piszą teksty do prasy popularnej i opiniotwórczej, moi starsi koledzy udzielają wywiadów telewizjom, a koledzy doktoranci od dawna organizują komitety protestacyjne. Cóż więc ja początkujący badacz, doktorant i zarazem student podyplomowy mogę wnieść? Pewnie niewiele. Mam jednak wrażenie, że jeden aspekt całej sprawy umyka z tej debaty i spróbuję go podkreślić.

W dostatecznie ogólnym ujęciu wydaje się, że zarówno organizatorzy „Czarnego marszu” jak i ich oponenci się zgadzają. Niedobór pieniędzy, zgoda na bylejakość, niestabilne formy zatrudnienia badaczy i nauczycieli akademickich, formalizm i tony dokumentacji pożerające czas i energię, te i podobne zjawiska z pewnością nie stanowią o sile akademii. Wyłącznie na uboczu tej debaty i tylko nieśmiało pojawiają się głosy o tym, że te same problemy mają uczelnie z wielu krajów rozwiniętych, znacznie bogatszych od Polski. Jeśli jednak zejść szczebel niżej, na poziom pozytywnych propozycji, pojawiają się bardzo ostre spory pomiędzy stronami debaty. „Granty są szansą dla prowincjonalnych ośrodków” piszą jedni, „granty utrwalają feudalne relacje” piszą inni. Spory dotyczą reguł finansowania, sposobu podziału środków, metod mierzenia efektywności pracy uczonych, a nawet tego czy w ogóle można ją mierzyć. Polemiści spierają się o to czy rzeczywiście publikowanie artykułów w czasopismach międzynarodowych jest miarą sukcesu naukowego, czy może humanistyka żyje w książkach? Czy językiem nauki jest angielski czy też humanistyczna refleksja nad rzeczywistością żyje w ramach kultury narodowej. Każdy wskazuje na przykłady ze swojego albo sąsiedniego „podwórka” mające uprawdopodobnić jego teorię. Czytam to wszystko i stwierdzam, że jedyny komentarz, jaki się nasuwa to klasyczne: „To zależy”. Od czasu, miejsca, dyscypliny, obszaru badawczego. Ale co z tego wszystkiego wynika dla organizacji całej nauki?

Skoro wszystko jest względne to czy wybór zestawu postulatów to kwestia gustu? Oczywiście nie. Nauki o zarządzaniu czy ekonomia nie są oczywiście dyscyplinami, w których można uzyskać tak ścisłe wyniki jak w fizyce, ale jednak obie te dyscypliny mają ogromny dorobek, także w obszarze szkolnictwa wyższego. Chociaż predykcje oferowane przez nauki społeczne są w najlepszym razie probabilistyczne to jednak mamy dorobek tych dziedzin, który pozwala wskazać na pewne dobre praktyki w formułowaniu strategii, struktur finansowania, koncepcji organizacyjnych zarówno na poziomie całego kraju jak i poszczególnych uczelni. Jeśli pewne tematy nie zostały dotąd opracowane to są narzędzia, które pozwalają je badać. Przecież wszystkie strony tej debaty (z ministerstwem włącznie) to uczeni, zaopatrzeni w cały dostęp do fachowej literatury, bazy naukowe, biblioteki pełne książek, dlaczego więc spór nie przebiega na umocowane w teorii zarządzania i ekonomii koncepcje organizacyjne, czy ekonometryczne modele finansowania, tylko na anegdoty o tym jakie uczelnie i instytuty giną? Słyszy się, że ubywa studentów-humanistów, a mój instytut ma ich z roku na rok coraz więcej, to jak w końcu

jest? Oczywiście zbadanie tych tematów jest trudne, wymaga wiele pracy, ale też wiele jest gotowych materiałów, które trzeba tylko odnaleźć. Szybkie przeszukanie Internetu wskazuje na duże, w miarę świeże polskie opracowanie: Raport: Modele zarządzania uczelniami w Polsce (2011), w którym można znaleźć wiele postulatów dotyczących zmian w szkolnictwie. Można się z nim nie zgadzać, można przeprowadzić konkurencyjne analizy. Można zastosować inne podejścia teoretyczne i metodologiczne. Dlaczego debata nie posługuje się takimi opracowaniami? Dlaczego w debacie pomiędzy uczonymi nie stosuje się standardów, które stosuje się w debacie na kontrowersyjny temat naukowy na łamach recenzowanych czasopism? Czyżby uczeni nie stosowali metod nauki do swojego własnego otoczenia? Co gorsza, jeśli uczeni nie wierzą w metody naukowego prowadzenia sporów to jak ma w nie wierzyć społeczeństwo?

Usłyszeliśmy wiele propozycji zmian – ograniczenie roli grantów, usunięcie komponentu budżetu zależnego od liczby studentów, odejście od obecnej formy oceny parametrycznej. Można podać tysiące przykładów, dlaczego każda z tych rzeczy ma negatywny wpływ na konkretnego uczonego, albo jednostkę naukową. Ale czy przykłady stanowią o tym, że jakaś koncepcja nie działa? Oczywiście, że nie. Wiele anegdot nie stanowi dowodu - to podstawy metodologii.

To czego nie widać w tej debacie to analiza tego, jaki wpływ będzie miała dana zmiana, jak wpłynie na skarb państwa, finanse jednostek humanistycznych, społecznych, badań podstawowych, stosowanych, rozwój kariery początkujących i zaawansowanych badaczy. Nie widziałem w mediach ani jednej prostej analizy zestawiającej interesariuszy, czynniki ryzyka, z jakimiś scenariuszami wydarzeń po wprowadzeniu danej zmiany. Często się słyszy, że rząd ma zwiększyć poziom finansowania, ale nikt nie chce powiedzieć, komu należy te pieniądze zabrać. Oczywiście można powiedzieć, że nie jest rolą filozofa, historyka czy socjologa podpowiadać ministerstwu jak zarządzać nauką. Z drugiej jednak strony skoro środowisko naukowe nie umie się zdobyć na przygotowanie kompleksowej, wyczerpującej propozycji to, jakie ma podstawy twierdzić, że lepiej wie, jaki system organizacyjny czy finansowy jest najlepszy w naszych okolicznościach.

W praktyce medycznej w latach 60 stwierdzono, że tylko niewielka część zabiegów oferowanych pacjentom przez lekarzy ma w gruncie rzeczy solidne podstawy naukowe, w szczególności statystycznie potwierdzoną skuteczność. Odpowiedzią na tę konstatację był ruch evidence-based medicine (EBM), który m.in. postuluje metodologiczną ścisłość i opieranie się na dowodach pochodzących z metaanaliz i systematycznych przeglądów wysokiej jakości literatury naukowej. Może czas żeby środowisko naukowe zamiast formułować wątpliwej, jakości postulaty dotyczące systemów organizacyjnych czy finansowania domagało się podejścia do polityki, w tym polityki edukacyjnej, opartego o solidne analizy skutków podejmowanych działań, przejrzystość uzasadnień podejmowanych decyzji i podejmowało polemikę na poziomie naukowym?

Oczywiście pytanie o to jak ma być zorganizowane szkolnictwo wyższe nie znajdzie nigdy pełnej odpowiedzi na gruncie nauki, gdyż każda możliwa koncepcja opiera się o rozstrzygnięcia normatywne – wybór wartości, które są ważne w funkcjonowaniu tego obszaru praktyki społecznej. O te wartości można i trzeba się spierać, jest to jest ciekawy obszar do debaty politycznej. Jednak już konsekwencje założeń normatywnych to temat wchodzący w obszar badawczy nauki i odpowiedzi należałoby poszukiwać na jej gruncie nauki. Rozmawiajmy o celach, o tym jaka ma być nauka, a szczegółowe rozwiązania dyskutujmy na poziomie dowodów, najlepszych praktyk, analiz i porównań z istniejącymi wdrożeniami.

Na koniec jeszcze jedna uwaga wynikająca z analiz, które miałem ostatnio okazje przeprowadzać w ramach swoich studiów podyplomowych. Dużo się mówi o środowisku zewnętrznym uczelni, o tym, że ministerstwo powinno zrobić to czy tamto. A jednak jest ogromny obszar samorządności uczelnianej,

ustawa dopuszcza wiele wariantów ustrojowych. Dlaczego w ramach uczelni nie walczy się o to, żeby środki były wykorzystywane efektywniej, żeby minimalizować zbędne formalności, optymalizować procesy administracyjne? Biednego nie stać na nieskuteczne rozwiązania, a jednak nowoczesne rozwiązania IT, elektroniczny obieg dokumentów, zintegrowane systemy wspomagania zarządzania, czy podpis elektroniczny jakoś nie mogą się zadomowić w uczelniach. Dlaczego wszyscy od studenta do profesora wędrują po korytarzach za pieczątką i w pocie czoła wypełniają formularze ciągle tymi samymi danymi? Ile jest uczelni, które przeprowadziły gruntowną reformę swoich procesów, a uzyskane oszczędności przeznaczyły np. na wsparcie młodych badaczy? Pojawiają się pierwsze jaskółki zmian, ale jest jeszcze wiele do zrobienia, żeby nawet największe środki otrzymane na badania i kształcenie były w uczelniach wykorzystywane racjonalnie.

Podsumowując, w debacie o przyszłości uniwersytetu postarajmy się uczynić zadość postulatowi z dorobku filozoficznej szkoły Lwowsko-Warszawskiej, by wszelkie tezy głosić z siłą proporcjonalną do siły ich uzasadnienia. Spierajmy się o wartości, ale ich konsekwencje badajmy aparatem nauki, a przede wszystkim starajmy się zmieniać na lepsze rzeczywistość naukową, na którą mamy bezpośredni wpływ, tak by akademia była rzeczywiście wzorem najlepszych praktyk w gromadzeniu i tworzeniu wiedzy.

 Do góry